Święta Góra – Częstochowa – Gourmet del Corso

Częstotliwość moich wpisów jest zabójcza. Niestety ciągły brak czasu bierze górę.

Opowiem Wam o Częstochowie. Kilka razy mieliśmy ochotę wybrać się do Gourmet del Corso, ale zawsze tak się składało, że lądowaliśmy w innej restauracji. Korzystając z okazji pobytu w mieście świętej góry  w końcu zawitaliśmy  i do  nich. Z miejsca zaznaczę że było warto!

Była niedziela, późny wieczór, po godzinie 21. W Częstochowie ciężko o tej porze o otwarta kuchnię. Umówiliśmy się ze znajomi, którzy zdziwieni stali przed restauracją i potwierdzali czy to na pewno tu  – ” wygląda trochę jak kawiarnia”. Tak to tu. Wystrój bardzo przypadł mi do gustu. Dużo surowego drewna połączonego z lekkim glamour. Jest nowocześnie ale ciepło, wszystko w jasnych barwach. Po wejściu spoglądając w prawo oko cieszy ściana z winami, dodam – z dobrymi.

Obsługa świetnie przygotowana, nienachalna, schludnie ubrana. Pełen profesjonalizm.  Zdecydowaliśmy  się na :

  1. Tatar wołowy, siekany, już wymieszany z ogórkiem, cebulą i przyprawiony. Na wierzchu jajo, serduszka kaparów oraz ciekawy element chips z parmezanu. Tatar dobry, ale wyżyny fantazji  pozostają nienaruszone:)
  2. Tagliatelle z owocami morza – danie na które warto wracać. Pyszne! Owoce morza doskonale przygotowane -w bogatej odsłonie,  spora porcja. Aksamitny smak sosu wykańcza  danie.
  3. Krewetki z czosnkiem na maśle –  proste i świetne!owoce morza ponownie doskonałe, jędrne, świeże, pachnące, olbrzymia porcja jak na przystawkę. Brak niepotrzebnych składników.
  4. Sałatka z ośmiornicą – oprócz ośmiornicy, były też krewetki i mule. Sałatka smaczna, jedyny minus to ośmiornica, która ewidentnie została przypalona, była gorzka w smaku, niemożliwa do zjedzenia.

Brakowało mi w rejonie Częstochowy Restauracji, która ma dojście do świeżych owoców morza, ma smak i  wyobraźnię kulinarną. Nie przesadzają z dodatkami, smaki łączą poprawnie, wszystko współgra. W tym przypadku kilka niedociągnięć darujemy i ponownie niedługo się spotkamy :)

Gourmet                          tatar

Jak my jemy – pieczony szpik !

Biłam się z myślami czy wstawiać tu swoje przepisy, bo niby piszę o „knajpach” ale z drugiej strony najważniejsze jest to co w efekcie końcowym trafia na nasz talerz, to co kosztujemy.

To jak my jemy ?

Codziennie gotuje, gotuje zdrowo, ale nie popadam w skrajności. Jest bardzo dużo warzyw (sama mam w ogródku szpinak, jarmuż, topinambur, ogórki, buraki, marchew, pietruszkę, cukinie itd.) jest mięso zazwyczaj wołowina, przynajmniej 2 razy w tygodniu ryby i owoce morza. Uwielbiamy makarony, pełnoziarniste z lekkimi sosami.Z przyzwyczajenia nie smażę, nie używam hektolitrów oleju, nie ma u nas chemii. Wszystkie sosy robię sama, szukam przepisów zastępujących  gotowce ze sklepów. Jemy chleb,  często sama piekę z duża ilością ziaren,  orkisz lub żytni. Jemy 5 posiłków dziennie: śniadanie – owsianka, płatki, kasza. Drugie śniadanie w pracy: smoothie (tutaj  duża fantazja), w pracy też przekąska – zmodyfikowane danie z wczoraj. Po powrocie do domu robię obiad,  na koniec lekka kolacja. Oczywiście zdarzają się momenty że mamy ochotę na coś „niezdrowego” i jest ok. Jemy wszystko,  interesują nas smaki więc kosztujemy.  Tak jak np. wczoraj danie zdrowe, ale też tłuste, trochę kontrowersyjne  ale jak PYSZNE! Nie do opisania…

 

Pieczony szpik !

Proste, szybkie a smak obłędny. Szpik w kościach, czyścimy i dosyć mocno smarujemy z zewnątrz solą i pieprzem. Wkładamy do wysokiego naczynia żaroodpornego. Siekamy kapary i suszone pomidory  układamy je na szpiku. Pieczemy 30 min w 180 stopniach. Po wyjęciu szpiku wkładamy do pieca pomidorki koktajlowe, dosłownie na chwilę.

Upieczony szpik podałam na rukoli ze świeżym chrupiącym pieczywem. Uwierzcie mi poezja smaku.

Prezentacja:

IMG_1717IMG_1721IMG_1724

Restaurant Week Silesia – Okonomiyaki YO!

Dobiegł  końca  kolejny Restaurant Week Polska. Z racji odległości braliśmy udział na terenie Śląska. Poprzednio jedliśmy w Cadenza, restauracja mieszcząca się w budynku NOSPR Katowice – imponujące miejsce, ale samo jedzenie nie zachwycało. Walory wizualne jak najbardziej na +, ale smaki już płaskie. Restauracja nowocześnie i ascetycznie urządzona, mała ilość stolików, dosyć chłodny i sztywny styl. Najlepiej wspominam wybór win, piliśmy tam wino które na dobre zapadło nam w pamięć.

W tej edycji zarezerwowałam stolik w japońskiej restauracji

Okonomiyaki Yo!

w centrum Katowic. Przygotowana jechałam słabo, zdążyłam zapoznać się tylko z znaczeniem słowa Okonomiyaki oraz przejrzeć menu w internecie. Jadę poznać nowe ciekawe smaki, nie ma co wybiegać przed szereg. Restauracja w środku wpasowuje się w klimat Japonii, Japonii w wersji ubogiej Europy. Fajnie że jest otwarta kuchnia, że można siedzieć i patrzeć co robi Szef, ale poza tym jest nieładnie, zwykłe drewniane stoliki, puste ściany.  Jest też część za przesuwanymi drzwiami, nie wiem czemu myślałam że będzie tam wystrój typowo japoński, a tu niemiłe rozczarowanie bo jest to sala „disco” czyli kanapa ala loża z eko skóry w kolorze pomarańczowym, stoliki, niewygodne krzesła i uwaga – pufy.

Plusem jest obsługa, bardzo dobrze zorientowana, miła, pomocna, widać że są tu dla klienta i sprawia im to przyjemność. Fajny jest też jeden z współwłaścicieli, bardzo towarzyski i sympatyczny.

Teraz czas na smaki… na przystawkę była zupa miso z tofu i wakame. Kurczę chyba najgorsza jaką jadłam. Bardzo neutralna,  brak jakiegokolwiek smaku, bardzo mało glonów.  Druga przystawka to makaron sobe z ziarnami sezamu na słodko. Makaron dobrze zrobiony, poprawnie, zapamiętałam to danie jako smaczne ale znane.  Nadal szukam smaków mi obcych, smaków Japonii. Dania główne to Okonomiyaki – czyli przekładany  omlet z zawartością. Szczerze kiepsko. Po powrocie do domu nie mogąc zasnąć zaczęłam czytać o kuchni japońskiej, obejrzałam kulinarną wyprawę do Japonii i skupiłam się na Okonomiyaki i ok, jest to przekładany omlet ale żeby wkładać do niego tak duże  ilości KAPUSTY? Bardzo polskie to było danie. Mega dziwne. Był też majonez i sos bardzo ale to bardzo zbliżony do ketchupu. Drugie danie główne to makaron z warzywami. Był ostry, zwykły, danie którego się nie pamięta. Zwieńczeniem naszej podróży był deser. Chyba najlepszy element kolacji, był to sernik z machy – zielonej herbaty. Nie był słodki,  był ciekawy. Zapewne kiedyś postaram się go zrobić w domu.

 

Podsumowując: pomysł na japońską restaurację ok, bo brakuje czegoś nowego wśród włochów i chińczyków zalewających nasz kraj, ale Okonomiyaki to nie jest to.  Brak smaków, brak przypraw, a co najgorsze spolszczenie obcej kuchni. Ja nie odnalazłam nic ciekawego może poza deserem – wersja wytrawna przypadła mi do gustu.

Życzę powodzenia i rozwoju.

IMG_1702 IMG_1696 IMG_1694 IMG_1693

Katowice, Staromiejska 13!/ Spacerowa 21

Staromiejska 13, Katowice, Szef Marcin Czubak. To już historia…pisząc to restauracja równo po 365 dniach istnienia zakończyła swoje podboje.  Dzisiaj byłam na otwarciu nowej Restauracji Szefa Marcina , ale nie wiem czy słowo Restauracja jest tu na miejscu. Ale o tym kilka słów poniżej.

Staromiejska13 – moje ulubione miejsce w Kato, byłam tam nieraz i już niestety nie będę.

Początek był trudny, nie zrozumiałam połączeń, które są niestandardowe, nieprzeciętne, zaskakujące.Każde danie jest osobną porywającą przygodą, to co wyróżnia Szefa Marcina to „mocne” smaki. Jego dania można  poznać z zamkniętymi oczami,  jest w nich coś charakterystycznego, coś co onieśmiela i coś co zapada w pamięć.

Ulubione dania:

Tatar wołowy lub Jeleń – obowiązkowy starter, ostry, kwaśny, słodki, „inny”. Fajny bo jest dobrze posiekany, aksamitny, bez grudek, doskonale przyprawiony.

U Czubaka zawsze doskonały  jest chleb własnego wypieku do wyboru  z suszonymi pomidorami, z czarnuszką, z palonym sianem – chrupiąca skórka, pachnący, lekki.

Przegrzebki-  podawane ze zmieniającymi się dodatkami. Z tym daniem mam problem, coś mi w tym nie gra,  coś sprawia że smaki wariują,  sama nie wiem co, a prawie zawsze zamawiam, próbując rozwikłać zagadkę.

Dziki Gołąb – poezja smaku, to danie jest skończone. Nic nie można więcej napisać. PERFEKCJA.

Dania Wege  – jedno zawsze kosztujemy, kopytka, kasze, risotto –  Kompozycje spójne i lekkie, o co trudno w innych restauracjach.  Brak ciężkiego sosu na śmietanie, brak tłuszczu, nierozgotowane warzywa to klucz do sukcesu tych dań.

Wiadomo , że jest to kuchnia świeża, wysokiej jakości . Szefowie szukają  starych zapomnianych, wracających do łask polskich produktów. Potrafią je dobrze obrobić, nie boją się. Jest to kuchnia niepowtarzalna.

Ceny są przyjazne, wręcz niskie jak na to co ląduje na talerzach.

Fajnie że jest menu Lunch, nie fajnie że tylko do 16.00 :).

Lokalizacja – ścisłe centrum.

Wystrój – estetyczny, minimalistyczny, ciepły  – czujemy się tam dobrze.

a teraz trochę zimnej wody na ochłodę….

02.04.2016 dzisiaj Piknik na Spacerowej 21 – nowe miejsce Szefa Marcina. Podróż dla nas to 60 km w jedną stronę.  Mimo map, nawigacji dziwimy się jak trudno tu trafić. Okolica przyjazna młodym i starszym. Jest to przy zalewie/jeziorku, pełno drzew, fajna trasa na bieganie. Latem zapewne można korzystać z plaży.

Wszystko fajnie, ale czemu tu? Troszkę „wygwizdów”, trudna miejscówka. Sam piknik duże rozczarowanie, spodziewałam się małych, lekkich, apetycznych, smacznych „kęsów”, cieszyłam się że spróbuje coś nowego z grilla (było info że będą niespodzianki kulinarne), znając kuchnie Szefa byłam spokojna. A tu : kiełbaska, zwykła, biała, kaszanka, kwaśnica- albo jak dla mnie kapuśniak. Dodatki cebulka duszona, sałatka z kapust. Królem dzisiejszego dnia zostaje –  CHLEB.

Kurcze mając taką wyobraźnię smaku co to było? Wiem PIKNIK , ale piknik też może być nietuzinkowy, może być w stylu Czubaka. Spędziliśmy tam ponad 2 godziny, zapewne nie wszystko widzieliśmy…

Zastanawiam się co to się stało, chodzi mi po głowie tylko to, że może to ma być weekendowe miejsce na imprezy okolicznościowe, miejsce które dopasuję się do Polaka- możemy  tradycyjnie, możemy też z fantazją, możemy wesela, chrzciny i pogrzeby. Przepraszam ale to moje odczucia. Ja dam jeszcze szanse, przyjadę.

Szefie Marcinie oczekuje powrotu mocy!

PS:Szef zamierza otworzyć niebawem również miejsce  w centrum Kato!

 

 

 

 

 

lata ’70 Pszczyna warto!

Długo nic nie pisałam, nie wiedziałam jak się za to zabrać, czy mi się chce czy nie, czy ktoś to będzie czytał? Będzie czy nie,  pisze.

Przy okazji wyjazdu do Tych postanowiliśmy coś zjeść. Wybór na śląsku jest olbrzymi,ale przyszli nam z pomocą przyjaciele z Pszczyny -blisko więc oczywistością jest się spotkać , którzy po pewnej selekcji zaproponowali HotelStyl70 . Hmm… przejeżdżając często się zastanawialiśmy co to za „twór” szalonego Polaka, niezachęcający do wjazdu nawet na parking. Wcześniej poczytałam o tym miejscu i stwierdziłam ok- jedziemy, w najgorszym wypadku będzie okropnie i drogo.

Pierwsze  spostrzeżenie to że,  mimo bliskości z ruchliwą trasą, jest tam całkiem spokojnie. Jest mini park, płynie  rzeczka, są ławeczki, teren dobrze zagospodarowany. Jedynym dosyć dużym minusem jest sąsiad zatruwający powietrze – PIECZARKARNIA.

Środek jest świetny, klimatyczny, wpasowuje się w lata ’70. Fajnie dobrane detale, wygodne fotele, szafki-witryny cieszą oko.

Karta menu nieprzesadzona, są to dania polskie w nowej odsłonie. Podane w eleganckiej, nowoczesnej formie, cieszącej oko.  Zamówiliśmy WODZIONKĘ – która jest ASEM tamtejszej kuchni, właśnie na taką liczyłam, w każdym calu zaspokoiła moje kubki smakowe.Na  przystawkę były: Gęsie żołądki, mus buraczany, suszony jarmuż – nie pasowało mi tu wszystko, albo inaczej osobno ok, ale żołądki bardzo przeciętne, raczej bez smaku, buraczków za dużo,za intensywne , zabijały smaki pozostałych składników dania. Najlepszy był chips z jarmużu, inaczej podany niż powszechnie znany, jarmuż został wcześniej rozdrobniony i nalany w formę. Pojawiła się tez zupa podgrzybkowa, fajna propozycja, lekka jak na grzybową, bez śmietany, czysty wywar, wyrazisty smak, warzywa jędrne. Dania główne :Konfitowane udko z kaczki, ziemniaki w śmietanie, aronia, miód wielokwiatowy, warzywa – dobrze zrobiona miękka kaczka, ziemniaczki gratin – spójne smaczne danie. Kolejne danie :Sandacz goczałkowicki, szpecle, kwaki, por, lnianka – również nie ma się do czego przyczepić, szpecle lekkie,nie miałam poczucia że zjadłam tonę zapychacza. Znajomi skusili się na: Kotlet de volaille, frytki, surówka z marchewki z pomarańczą i jabłkiem – masło wypływało !! oraz  :Polędwiczka wieprzowa, sos podgrzybkowy, pieczona babka ziemniaczana, brukselka – bardzo smaczne. Talerze zostały wyczyszczone, nic nie zostało. Jedyny minus za te żołądki.

Nie omnieły nas desery:pieczony krem czekoladowy, wiśnie w czerwonym winie i Sernik, jagody goji, biała czekolada, coulis jeżynowy – idealne zakończenie obiadu.

Jeżeli chodzi o ceny, to dosyć wysokie, mają odzwierciedlenie w daniach, ale jak na restaurację przy trasie,gdzie target to turyści jadący z nart oraz przedstawiciele handlowi, to drogo.

 

Wniosek jest jeden POLECAM i przy okazji zajadę ponownie!

*Ceny dań są dostępne na stronie restauracji.

 

Gdzie warto zasiąść do stołu ?

Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest łatwa. Wiele razy jadąc gdzieś w Polskę jak zaburczy mi w brzuchu zastanawiam się gdzie dobrze zjeść. Otwieram google , wpisuje różne hasła i NIC. Istnieją na FB profile polecające dobre jedzenie, ale zazwyczaj są one regionalne. Ja mam sprawdzony taki profil  w woj. śląskim. A co jak będę w Krakowie? Zdarza mi się kompletnie nie trafić, zapłacić olbrzymi rachunek , mieć wyrzuty sumienia , niesmak  i ból brzucha.

Lubię kuchnie, lubię tradycje, lubię nowości, lubię jeść.  Często szukam ciekawych lokali      i często w nich goszczę. Standardy są lepsze i gorsze, ale jedzenie musi być dobre! Podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami. Przepraszam z góry jeżeli kogoś urażę, wyrażam tutaj tylko i wyłącznie swoje zdanie. Zapraszam do czytania i smakowania :)